Śleboda znaczy wolność – kilka refleksji po przeczytaniu książki Małgorzaty i Michała Kuźmińskich

Antropologia kulturowa od zawsze była dziedziną nauki, która interesowała mnie w sposób szczególny. Głód wiedzy na temat innych, obcych, nieznanych mi kultur powodował (i nadal powoduje) tak chętne wyruszanie w podróż. Tę w przestrzeni i tę literacką – szczególnie teraz, gdy z powodu złamanej nogi jestem na kilka tygodni uziemiona. Sięgniecie po książki Kuźmińskich było więc dla mnie czymś naturalnym. Kryminał antropologiczny? Poproszę!

Postanowiłam czytać od początku, po kolei, tak, jak książki z serii o Ance Sebastianie powstawały. Chciałam potem napisać jedną zbiorcza recenzję. Ale… Nie spodziewałam się, że książki tak bardzo mnie poruszą. Oczekiwałam dobrej kryminalnej historii z jakimś antropologicznym tłem. Dostałam dużo więcej, a każdy kolejny tom odkrywał nowe przestrzenie i powodował we mnie taki ogrom refleksji, że postanowiłam jednak pisać o tych książkach osobno. Kto śledzi mnie na Facebooku już o tym wie. Po prostu nie mogłam inaczej. Dlatego w najbliższym czasie spodziewajcie się kilku książkowych notek. O czym tu zresztą pisać, skoro za oknem pogoda bardziej listopadowa niż wrześniowa, a noga w gipsie wymusza raczej statyczne aktywności? Stosik książek przeczytanych i czekających na przedstawienie na blogu rośnie… Tymczasem wróćmy jednak do „Ślebody”…

sleboda-recenzja

Autorzy jak bohaterowie czy bohaterowie jak autorzy?

Unikam jak ognia sformułowań typu „co autor miał na myśli” i „co autor chciał nam powiedzieć”. Jeśli chodzi o interpretację wierszy, opowiadań i powieści znacznie bliżej jest mi do szkoły dekonstrukcjonistów i stwierdzenia, że każdy utwór literacki, ba każde zjawisko kulturowe zakłada możliwość wystąpienia wielu różnych interpretacji. Bo interpretacja jest tak naprawdę częścią aktu komunikacji i zależy nie tylko od samego utworu, który tu jest przekazem, od nadawcy, czyli autora, ale też, a może przede wszystkim, od odbiorcy – czytelnika, który dany tekst odczytuje ze swojej pozycji, obarczony jest własnym bagażem doświadczeń itd. Oj, ależ się zapędziłam. To jeszcze tylko jedno zdanie – myślę, że to, jak odbieramy dany tekst (niezależnie od jego formy) jest pewnym zderzeniem światopoglądu autora (bo jednak tekst nigdy nie jest obiektywny, kurde, no nawet podczas kręcenia filmu dokumentalnego ktoś w odpowiedni sposób ustawia kamerę, montuje itd.) i światopoglądu czytelnika. No i może jeszcze okoliczności tworzenia i odbierania tego tekstu.

Przeczytaj więcej o mojej filozofii czytania – slow reading.

No dobrze, ale co to ma do „Ślebody”? A tyle, że czytając nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tu jednak autorzy chcieli mocno podkreślić swoje zdanie poprzez stworzenie bohaterów na swoje podobieństwo. Ona – pani doktor antropologii kultury (tak, jak autorka). On – dziennikarz, który w dalszych częściach pisze niezależnego bloga (jak autor). I jeszcze te zdjęcia autorów na okładkach – zauważyłam to dopiero w ostatniej części,ale… Kuźmińscy stylizowani tam są na bohaterów. A może… może to bohaterowie stylizowani są na Kuźmińskich? Nie wiem. I chyba nie potrzebuję tego wiedzieć. Tyle tylko, że dzięki temu zabiegowi ja, jako czytelnik, mam dużo większe zaufanie do tego, co napisane w książce. Łatwiej jest mi uwierzyć, że sposób powstawania tekstu prasowego jest przynajmniej podobny do tego, jak sprawa wygląda w praktyce. No i zyskałam podstawy, by przypuszczać, że wszystkie fragmenty opisujące zjawiska kulturowe są poparte nie tylko obserwacjami autorów, ale także realną wiedza, która daje narzędzia pomocne przy poznawaniu i opisywaniu tych zjawisk.

Kiedy dodamy do tego fakt, iż bohaterowie są świetnie skonstruowani – nie ma tu supermenów, ale ludzie z krwi i kości, posiadający uczucia, ulegający pokusom, posiadający wady i zalety, możemy zaliczyć pierwszy plus na konto autorów. Bo bohaterowie są ogromną zaletą książki. Ogromną, ale z pewnością nie jedyną.

Opowieść wielopłaszczyznowa

W „Ślebodzie” mamy do czynienia z kilkoma wątkami, z których każdy zasługuje na uwagę. Na plan pierwszy wychodzi oczywiście historia kryminalna. Oto podczas spaceru tatrzańskim szlakiem pewna doktor antropologii odkrywa zwłoki. Okazuje się, że zmarłym jest pewien samotny mieszkaniec Murzasichlu. Zawsze trzymał się z boku, ludzie niewiele o nim wiedzą. Sprawę przejmuje miejscowa policja, za chwilę miesza się prasa, bo przecież mamy sezon letni – ogórkowy, a zwłoki w znanej miejscowości wypoczynkowej to doskonały temat! Tyle, że wkrótce okazuje się, iż sprawa nie jest tak prosta, jakby się mogło wydawać. Ślady wskazują na morderstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem (ktoś poćwiartował zwłoki), a gdy jeszcze na drzwiach domu zmarłego ktoś rysuje swastykę, wśród miejscowych górali zaczynają odżywać dawne, niby już zapomniane historie, lęki, przesądy…

dobry-kryminal-antropologiczny

I tu dochodzimy do kolejnej płaszczyzny, do tej warstwy antropologicznej i społecznej, która dla mnie jest nawet ciekawsza niż opisana w powieści historia kryminalna – skądinąd bardzo ciekawa i wciągająca. Mamy tutaj ciekawie opisany nie tyle góralski folklor, co raczej problemy współczesnych górali. Pojawia się więc wątek nie do końca przepracowanej historii związanej z Goralenvolk, czyli tak zwanej rasy góralskiej wymyślonej podczas II wojny światowej na potrzeby zrekrutowania górali do hitlerowskiej armii (więcej na ten temat w książce i w naukowych pozycjach poświęconych tej tematyce), mamy też pokazany archetyp górala-tułacza, który za chlebem wyjeżdża do Ameryki (aż chciałoby się zanucić „Góralu, czy Ci nie żal…”). Jest jeszcze kwestia folkloru na usługach ekonomii, czyli tego wszystkiego, z czym mamy do czynienia choćby na zakopiańskich Krupówkach – wybiórczego traktowania kultury góralskiej i nadawania jej takiej formy, która można sprzedać tłumnie przybywającym turystom. Od razu pomyślałam o tych wszystkich paragóralskich kapeluszach made in China i o góralskich kapelach przygrywających do kotleta. Smutny to obraz, bo pokazuje, jak bardzo pieniądz rządzi dzisiejszym światem i jak trudno jest utrzymać tradycje, tak piękne przecież, które stoją u podstaw poczucia tożsamości. Optymistycznym akcentem może być tu fakt, że część góralskiej społeczności pokazanej w książce organizuje się w grupy, których celem jest podtrzymywanie tradycji – tych prawdziwych, kultywowanych dla siebie, nie na pokaz. To trend coraz bardziej popularny, więc może jest nadzieja, że ten prawdziwy folklor, ta kultura ludowa, z której wiele pokoleń czerpało siłę, by nie zatracić poczucia swojej tożsamości, przetrwa. Nawet czasu tak szalejącego dzisiaj konsumpcjonizmu.

Moim zdaniem te wątki, choć stanowią tło dla głównej historii są w tej książce niesamowicie ciekawe. To one sprawiają, że „Śleboda” jest powieścią, która wyróżnia się na rynku wydawniczym i po którą warto sięgnąć.

A przecież jest jeszcze jedna warstwa – psychologiczna, pokazująca, co dzieje się z bohaterami, obnażająca ich leki i pragnienia, jakże podobne do lęków współczesnych ludzi. W osobie kuzynki głównej bohaterki widzimy emocje, jakie znane są pewnie wielu góralom: poczucie braku perspektyw, uzależnienia od przyjezdnych i… takiego smutku, że trzeba swoje dziedzictwo sprzedawać za „dutki”. W osobie Sebastiana – poczucie, że ciągła gonitwa za kasą i popularnością nie daje poczucia spełnienia. W osobie Anki – rozczarowanie swoim życiem, pogłębiane jeszcze tym, że inni uważają, iż właśnie jej udało się odnieść sukces, a poza tym uczucie samotności i marazmu… Znasz to? Jestem pewna, że przynajmniej częściowo byłbyś w stanie utożsamić się z którymś z bohaterów…

Śleboda, czyli wolność

Na koniec kilka słów o tytule. Śleboda to nazwisko osoby, która w powieści została zamordowana. Ale to także słowo, które w gwarze góralskiej oznacza wolność. Podczas czytania książki nie da się nie zauważyć, że tytuł ten jest symboliczny. Pierwsze skojarzenie – historie wojenne i powojenne, które miały miejsce na Podhalu, a do których w swojej powieści wracają autorzy. Ale dla mnie jest w tym słowie coś więcej. Bo chociaż żyjemy w wolnym kraju, cieszymy się swobodami obywatelskimi, wolnością przekonań, słowa i religii to… czy tak naprawdę jesteśmy wolni?

czym-jest-prawdziwa-wolnosc

Czy wolny jest góral, który musi sprzedawać swoją tradycję przyjezdnym, by przetrwać kolejny rok? Czy wolny jest Bastian, który za cenę nowego gadżetu elektronicznego poświęca swoją dziennikarską etykę i tworzy kolejne artykuły nie po to, by przekazać odbiorcy prawdę, ale po to, by szokować i zyskać popularność? Czy wolna jest pani doktor antropologii, która dała się zamknąć w sztywną garsonkę i pułapkę swoich przekonań?

Czy Ty, drogi czytelniku, możesz powiedzieć, że jesteś wolny? Czy potrafisz odetchnąć pełną piersią? Czy możesz powiedzieć o sobie, że czujesz się swobodnie w swoim życiu?

Książka Kuźmińskich zmusiła mnie do postawienia sobie takich pytań. I do podjęcia próby odpowiedzenia na nie. I wiesz co? To wcale nie było łatwe. A jeszcze trudniejsze okazało się zaakceptowanie odpowiedzi. A to pierwszy krok do tego, by podjąć wysiłek i zrobić pierwszy krok w kierunku poczucia wolności. Bo tylko ono pozwoli poczuć szczęście, to prawdziwe…

Dla mnie największą wartością „Ślebody” było właśnie zmuszenie uwagi na sprawy, o których do tej pory nie myślałam, o których być może nie wiedziałam lub których nie chciałam zauważyć. Przyjemność czytania to w tym przypadku, dla mnie wartość dodana. Choć niewątpliwie warto sięgnąć po tę książkę, gdy chce się poczytać kawałek dobrej literatury. Warto. Naprawdę. Tym bardziej, że „Śleboda” to dopiero początek, z kolejnym tomami robi się jeszcze ciekawiej. Ale o tym napiszę Ci w kolejnych notkach…

 

Reklamy

3 myśli w temacie “Śleboda znaczy wolność – kilka refleksji po przeczytaniu książki Małgorzaty i Michała Kuźmińskich

  1. Antropologia kulturowa była moim ulubionym przedmiotem na studiach. U mnie zainteresowanie poszło w stronę kolonializmu, neokolonializmu i wszelkich historii z ludobójstwami. Czytam sporo reportaży i historycznych na ten temat. Teraz trochę zluzowałam na okoliczność macierzyństwa 😉 kryminałów nie czytam, nie śledzę za bardzo trendów, być może źle zakładając, że pisane są językiem dość słabym (próbowałam Bondy, ale nie dałam rady nawet 30 stronom). Bardzo mnie zainteresował wątek rasy góralskiej. Dzięki! Przyjemna recenzja!

    Polubienie

    1. Tę książkę polecam. Podobnie jak inne książki Kuźmińskich, są bardzo dobrze napisane i właśnie ten kontekst kulturowy – świetny!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s